Stało się – 15 września roku Pańskiego 2015 nastąpiła kolejna, trzecia już chyba na przestrzeni dwóch ostatnich lat próba literackiego spełnienia się mojej skromnej osoby. Blog, dziennik, chociaż patrząc na liczbę potencjalnych czytelników to raczej pamiętnik – zwał jak zwał. Ważne, że mam w końcu miejsce gdzie mogę w spokoju ponarzekać na świat, na za słoną zupę, nieprzyjemny zapach w autobusie i na dziurawe skarpetki. A przede wszystkim mogę teraz nieskrępowanie wzbogacać internet moimi niedocenianymi, filozoficzno-życiowymi przemyśleniami rodem z przedsklepowej ławeczki.

Inauguracyjny wpis nie mógł się obejść bez odpowiedniego uczczenia, a wedle mojej wiedzy, ludzkość nie wymyśliła jeszcze lepszego sposoby na świętowanie niż wychylenie porządnej szklaneczki najlepszego w świecie trunku, to znaczy piwa. W dzisiejszych zmaganiach z postawieniem WordPressa dzielnie towarzyszył mi Imperial English Bitter z mojego ulubionego polskiego browaru kontraktowego, Pinty – Call Me Simon.

call me simon 3

Na etykietce walijski smok, londyński The Bridge i wielki zielony napis Call Me Simon – generalnie fajnie, 3x tak.

Swoją drogą, za tym piwem stoi całkiem ciekawa historia. Nie chcę wchodzić w szczegóły, żeby już przy pierwszym wpisie nie odstraszyć czytelników, ale Call Me Simon jest efektem współpracy Pinty i walijskiego blogera piwnego Simona Martina. To już drugie wspólne piwo, chociaż z tego co się orientuję i co widziałem na nagraniu z warzenia,  rola Simona ograniczała się tylko do powtarzania co kilka sekund „Fantastic!”, „Awesome!” i „Delicious!”.

Piana niska, szybko zredukowała się do obrączki. Kolor miedziany, mocno mętny, w toni unoszą się niemrawo jakieś drobne cząsteczki, nie wiadomo za bardzo co to dokładnie jest, pewnie dżordze. Piwo niefiltrowane więc teoretycznie wszystko w porządku.

Aromat mocno alkoholowy, nawet podchodzący pod rozpuszczalnik; słodko-owocowy, banan mi się skojarzył. Co jakiś czas przebijają się fajne, kwiatowe angielskie chmiele, trochę karmelu, trochę czegoś czego nie potrafię jeszcze nazwać. Nie jest źle generalnie, ale alkoholu sporo za dużo, a chmielu ciut za mało. W smaku prawie to samo – alkohol, chociaż teraz już trochę przyjemniejszy, rozgrzewający, dopiero potem owocowa słodycz i fajna goryczkowa kontra. Oprócz tego karmel i chleb.

simon martin

Simon Martin w pełnej krasie

Pod koniec, gdy w butelce zostały już dwa łyki i sporo osadu, pokazał się jakiś dziwny aromat którego nie potrafiłem nazwać. Bardzo słodki, bardzo kojarzący się z czymś, z każdym niuchem nasuwały się jakieś skojarzenia, ale nie potrafiłem ich
precyzyjnie nazwać. Dopiero po kilku minutach intensywnej inhalacji nastąpiło olśnienie – Kubuś Marchewkowy.  Skąd się Kubuś wziął w moim piwie, nie mam pojęcia. Nie mam pojęcia też jak profesjonalnie ten zapach nazwać, bo teraz już  nie potrafię go skojarzyć z niczym. A google pomóc nie chciało. Zapytanie „piwo kubuś marchewkowy” nie pomogło.

Na plus bardzo duża treściwość ale jednocześnie gładkość, na minus przebijający się zanadto alkohol. Generalnie smaczne, piło się z przyjemnością, ale wrażenia nie wiadomo jakiego na mnie nie zrobiło.

 

  • Did you like it?
  • Yes   No