Mylą się ci, którzy uważają ją za rządy ludu. To rządy zmiennych nastrojów, nieprzewidywalnych kaprysów i sympatii do ładnych twarzy z telewizji. Umieć i chcieć kierować państwem, a przekonać wyborców, że się potrafi i chce, to dwie różne rzeczy, zazwyczaj nieidące ze sobą w parze. A demokracja z założenia faworyzuje to drugie, stanowiąc wylęgarnie manipulatorów, kłamców i miernych konformistów.

Stagnacja i regres

Dobre reformy bolą. Cięcie wydatków boli, ograniczanie biurokracji też boli, bo zwolnienia. Pozytywne efekty takich działań pokazują się dopiero w perspektywie kilkuletniej. Dlatego nie powinno dziwić, że żadna władza nie chce reform przeprowadzać, skoro zostanie od razu skojarzona z zaciskaniem pasa, a dobre efekty i nadwyżki budżetowe zostaną przypisane następnej ekipie. To jest błędne koło: do wprowadzenia reform trzeba czasu => żeby mieć czas, trzeba wygrać drugą kadencję => żeby wygrać drugą kadencję, trzeba mieć poparcie społeczeństwa => żeby mieć poparcie społeczeństwa, nie można wprowadzać bolesnych reform. Nieważne czy ktoś chce faktycznie zmienić państwo, czy tylko nażreć się przy korycie – demokracja jest gwarantem w najlepszym przypadku stagnacji, w najgorszym regresu.

Rządzący demokrata nie może zaakceptować żadnego rozwiązania, jeśli nie otrzyma ono entuzjastycznego poparcia tych, którzy nigdy, przenigdy nie zrozumieją problemu.

Nicólás Gómez Dávila

Dla porównania, jak to wygląda w przypadku np. monarchii dziedzicznej? Król rządzi całe życie, więc nie musi się obawiać humorów społeczeństwa i może planować swoje działania w dłużej perspektywie czasowej. Zależy mu na utrzymaniu państwa w dobrej kondycji, bo przecież następcą będzie jego własny syn. W dodatku wie, co robi, od dziecka był nauczany, przygotowany i szkolony do kierowania państwem. Ma wyklarowane poglądy i idzie prostą drogą do wyznaczonego celu – jego panowanie to nie zlepek zmieniających się cały czas i niepasujących do siebie wartości, pomysłów i rozwiązań, jak ma to miejsce w demokracji.

Preferencja czasowa

W Jak wygrać z prokrastynacją można znaleźć parę słów o preferencji czasowej. W skrócie: Wysoka preferencja czasowa oznacza chęć jak najszybszej konsumpcji dostępnych dóbr, podczas gdy niska preferencja czasowa oznacza gotowość do powstrzymania się od konsumpcji bieżących dóbr na rzecz wyższej konsumpcji i większych korzyści w przyszłości. W małej skali działanie jest oczywiste. Wolimy zjeść kilka pączków i poczuć satysfakcje teraz, niż cieszyć się z lepszej sylwetki za pół roku. W danej chwili ciężko nam odpowiednio ocenić konsekwencje, które wynikną za jakiś czas.

Co widać, a czego nie widać

Dokładnie w taki sam sposób działa to w skali makro, z tym, że dochodzi tutaj jeszcze jeden aspekt: w małej skali łańcuch przyczyna => skutek jest prosty. Zjem dziesięć pączków, wiem, z czym się to wiąże w przyszłości, ale nie obchodzi mnie to w tym momencie. Prawa ekonomii są za to znacznie bardziej skomplikowane, dla przeciętnego człowieka wręcz niepoznawalne. Połowa Polaków nie umie powiedzieć czym różni się netto od brutto, a o czymś takim jak „popyt” i „podaż” nie słyszeli wcale. Niemożliwe jest, żeby takie osoby trafnie przewidziały skutki jakiejś decyzji za 5 czy 10 lat, więc jedyne czym kierują się przy ocenie to efekty natychmiastowe (albo wypowiedzi ekspertów z telewizji śniadaniowej), związane bezpośrednio z danym działaniem: 500+ jest dobre, bo dostałem pieniądze. I na tym kończą się zazwyczaj refleksje wyborców.

Obecnie demokracja polityczna polega na tym, że poszczególne partie licytują się, na ile każda z nich pozwoli poszczególnym grupom społecznym ograbiać współobywateli. Nazywa się to „społeczeństwem solidarnym”, a polega na tym, że np. chłopom partie oferują dopłaty do produkowanej żywności, rodzicom – na dzieci i tak dalej. Pieniądze na te dopłaty mają pochodzić z podatków nakładanych na konsumentów, którym z kolei partie obiecują pozwolić na odbijanie sobie tego w cenach towarów przemysłowych i usług poprzez „ochronę rynku krajowego”. W rezultacie wszyscy okradają się nawzajem w ramach gry o sumie zerowej, a właściwie – ujemnej, bo jedynym beneficjentem tego systemu jest biurokracja, która tym powszechnym wzajemnym okradaniem administruje.

Stanisław Michalkiewicz

Wygrana PiS jest jednocześnie zwycięstwem demokracji i katastrofą dla ludzi. Brzmi jak paradoks, ale wystarczy przyjrzeć się ostatnio wprowadzonym projektom: podatek bankowy, nowe prawo sprzedaży ziemi rolnej, podatek od sklepów wielkopowierzchniowych i sztandarowe 500+. To przecież na fali tych pomysłów PiS zdobył większość parlamentarną i teraz swoje obietnice skrupulatnie wypełnia. Ludzie się cieszą, bo jedyne co widzą to natychmiastowe skutki decyzji: dostają pieniądze z 500+, zagranicznym podmiotom dowalono kilkoma nowymi podatkami, a Niemiec Helmut nie może już wykupywać polskiej ziemi. Słupki PiSu w sondażach pną się w górę. A za kilka/kilkanaście lat, gdy trzeba będzie spłacać zaciągnięte kredyty, u władzy będzie już nowa ekipa i to na nią spadnie odpowiedzialność radzenia sobie z ziejącym pustkami budżetem.

 

Nie mam wystarczającej wiedzy, żeby kategorycznie określić: ten system jest lepszy od tego. Jakkolwiek mam ciągoty w stronę monarchii, tak wiem, że na ten moment demokracja jest u nas jedynym realnym rozwiązaniem i możemy się najwyżej zastanawiać „co by było, gdyby”. Boli mnie tylko jej bezkrytyczne uwielbienie w debacie publicznej – co chwile ktoś wyciera sobie gębę demokracją i „wolą większości”. Najwyższy czas odczarować ten obraz.

Stwierdzono, że demokracja jest najgorszą formą rządu, jeśli nie liczyć wszystkich innych form, których próbowano od czasu do czasu.

Winston Churchill

  • Did you like it?
  • Yes   No